Zatańczyć z Azteką. Siedem dni w Meksyku (1)
Czasem lepiej nie czytać żadnych współczesnych przewodników przed wyjazdem do obcego, bardzo dalekiego kraju. Jechałoby się przyjemnie ze wspomnieniem rozsłonecznionej plaży z dawno temu oglądanego filmu albo paru świetnej jakości zdjęć z National Geografic, pokazujących najnowsze znaleziska archeologiczne. Ja natomiast siedzę w ciemnym samolocie i zamiast zasnąć, jak większość pasażerów, zadręczam się myślą, że za parę godzin będę musiała wziąć taksówkę z lotniska do hotelu. W mieście Meksyku. W strasznym, trzydziestomilionowym mrowisku ludzkim, po którym jeździ kilkadziesiąt tysięcy budzących grozę taksówek.
 Meksykańskie taksówki
Autorzy przewodników po Meksyku zdołali mnie nieźle nastraszyć. Ostrzegają, że niefrasobliwość w wyborze środka transportu może mieć przykre konsekwencje: od zwykłego zawyżenia należnej kwoty do wywiezienia na pustkowie i ograbienia, a nawet zamordowania. Wszyscy są zgodni co do jednego: absolutnie nie wolno łapać taksówki na ulicy. Natomiast nie podają jasnych wskazówek, jak na postoju odróżnić pojazd bezpieczny od niebezpiecznego. Jeden z autorów twierdzi, że w miarę pewne są bordowo-złote sedany z numerem na drzwiach, białym kogutem na dachu i kserem licencji z wyraźnym zdjęciem kierowcy na szybie. Inny skłania się raczej ku pojazdom zielonym, a kolejny zaleca, żeby jeździć wyłącznie nieoznaczonymi samochodami należącymi do luksusowych hoteli, bo te oznaczone mogą zostać porwane... Ponadto nie wolno ufać naganiaczom proponującym taksówkę, ale jednocześnie trzeba zdać się na oficjalnych pracowników korporacji, kierujących ruchem pasażerów. Tylko jak ich rozpoznać?
Do stołecznych zagrożeń bedekery dorzucają jeszcze: metro – nie korzystać przed 10 i po 16, bo tłum nas zgniecie, a wieczorem przed zgnieceniem dodatkowo obmaca i obrzuci inwektywami; wodę z kranu – nie pić, a nawet nie myć zębów, używać tylko wody butelkowanej; jedzenie w lokalnych knajpkach albo na ulicy – nie jeść, biegunka murowana, ewentualnie wejść na zaplecze i sprawdzić stan sanitarny kuchni.
Skłonna byłam uznać to wszystko za paranoję europejskich autorów, przenoszoną drogą słowną, ale tuż przed wyjazdem dostałam od meksykańskiej przyjaciółki maila z ostatnimi uwagami. Napisała mi mniej więcej te same ostrzeżenia, a nawet więcej: że nie powinnam nosić biżuterii, wychodzić po zmroku, wyjmować pieniędzy z bankomatu bez asysty oraz wyglądać na zagubioną. Ale poza tym mam się nie martwić, bo Meksyk to cudowny kraj, ludzie serdeczni, krajobrazy piękne, indiańskie zabytki zapierające dech w piersiach. O ile owego tchu nie zostanę wcześniej pozbawiona.  Konny policjant
Wróćmy jednak do bezpiecznego samolotu, który właśnie zniżył lot i z jednostajnym warkotem przesuwa się nad oceanem pomarańczowych migoczących światełek, nad jednym z największych miast świata. Jest piąta rano, na czarnym niebie nie maluje się nawet najbledsza zapowiedź poranka. Lądujemy. Po kontroli paszportów i oddaniu urzędniczce wypełnionego formulario migratorio wleczemy się niemrawo razem z innymi pasażerami. Moja siostra, która właściwie namówiła mnie na tę wyprawę z animuszem godnym przedstawiciela handlowego na prowizji, teraz najchętniej nie opuszczałaby sali przylotów, ostatniego bastionu cywilizacji. Poczekalnia szybko pustoszeje, po większość podróżnych przyjechał ktoś z rodziny lub przyjaciół. Wyjmujemy z bankomatu pierwsze pesos i chcąc nie chcąc idziemy w stronę ciemnego wyjścia. Z kilku mijanych stoisk wychylają się jak na komendę sprzedawcy i zaczynają krzyczeć do nas, machając zachęcająco rękami. Ach, więc tu kupuje się bilety na taksówkę, było o tym w przewodnikach. Podchodzimy, wrzask się nasila. Lekko oszołomiona wybieram kontuar z rysunkiem żółtego samochodu, który wygląda jakoś tak swojsko – potem sobie uświadomię, że po prostu przypominał nowojorską taksówkę. Natychmiast zapada cisza, bo pozostali sprzedawcy przestają się nami interesować, wypatrując nowych klientów. O tej porze nie ma jednak prawie nikogo. Podaję adres, płacę i z biletem w jednej, walizką w drugiej ręce i siostrą przy boku, ruszam na spotkanie Meksyku.
Tuż po wyjściu z hali owiewa nas chłodny wiatr, lutowe noce na tej wysokości są zimne. El De Efe, jak nazywają miasto miejscowi (od oficjalnego miana Distrito Federal), leży na poziomie ponad dwóch tysięcy metrów. Jak spod ziemi wyrasta obok mnie szczupły chłopak w czarnej wiatrówce zapiętej na wszystkie guziki i próbuje wyrwać mi kwit. - Nie – mówię stanowczo i staram się wyglądać na pewną siebie. Kątem oka zauważam, że Meksykanin idzie dalej przy nas i tak dochodzimy razem do szeregu taksówek. Nigdzie nie widać pracownika, który powinien teraz nami pokierować. Chłopak ponownie próbuje wyjąć mi z dłoni bilet i jednocześnie wskazuje najbliższą taksówkę. Nie wiem, co robić; naganiacz nie ma żadnego identyfikatora, a samochód ani koguta, ani ksera licencji, ani numeru na drzwiach. Wysiada z niego młodziutki, elegancko ubrany kierowca i otwiera bagażnik. - No to hop - powiedziałabym, gdyby mi było do śmiechu. W przypływie desperacji żądam okazania licencji oraz prawa jazdy. Nie znam hiszpańskiego, więc bazuję na włoskim, zniekształcając tylko wymowę. Taksówkarz pokazuje mi wszystkie dokumenty, przy czym wydaje się bardziej przestraszony niż my. Pozwalamy zapakować walizki. - Where are you from? - pyta naganiacz niezbyt wyraźną angielszczyzną. - From Poland – z miny Meksykanina domyślam się, że chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwał. - Hotel Principal, via Bolivar – mówi przytomnie moja siostra i dodaje szeptem: - Where are you go, pytał, nie where are you from. No to jedziemy. Jeszcze tylko każę kierowcy pozamykać wszystkie drzwi, choć jedynym zagrożeniem w niemal kompletnie wyludnionym mieście mogliby być co najwyżej policjanci nudzący się na skrzyżowaniach. Świta, z szarego poranka wyłania się rozległe Ciudad de Mexico, trochę zaśmiecone i pomazane graffiti, egzotyczne dzięki palmom i starym reklamom malowanym na murach, a jednocześnie zwyczajne, jak każda współczesna aglomeracja. Napięcie mija i zaczynam cieszyć się wyprawą.  Jedna z ulic w centrum Meksyku
Droga do centrum trwa krótko, taksówkarz pędzi jak do pożaru, a po każdej próbie nawiązania z nim rozmowy jeszcze dociska pedał gazu. Docieramy na via Bolivar i zatrzymujemy się przed ładnym dziewiętnastowiecznym budynkiem. Chciałabym wytłumaczyć kierowcy, że jestem normalna, a winę za moje dziwaczne zachowanie ponosi kilku histeryków z Europy zachodniej, ale brak mi hiszpańskich słów, więc tylko powtarzam: - Gracias, muchos gracias.
Hotel wygląda na całkiem wygodny i czysty. Dziedziniec pokryto przezroczystym dachem, dzięki czemu wpada mnóstwo światła. Recepcjonista daje nam klucze, windą wjeżdżamy na drugie piętro. Pokój jest bardzo duży, okno wychodzi na ulicę. Rozluźnione po lotniskowym stresie myjemy od razu zęby, zapominając o zagrożeniu czającym się w wodzie. Siadamy na parapecie, żeby popatrzeć na Meksyk. Wąską, brukowaną via Bolivar jedzie powoli sznurek samochodów – wśród nich sporo złotawych taksówek, wyglądających zupełnie niewinnie – ale tylko z rzadka pojawiają się przechodnie. Jest wciąż wczesny ranek, niedziela i miasto nie chce się przebudzić. Dopiero około dziesiątej chodniki zapełnią się ludźmi, nasili się hałas silników i klaksonów, w który co chwila wwiercać się będą świdrujące gwizdki policjantów.
Schodzimy do restauracji na dole, zamawiamy kawę i słodkie bułki, pan dulce, i wyruszamy na pierwszą przechadzkę po mieście. O tej porze słońce ma niewiarygodną siłę. Promenadę Madero, którą idziemy, dzieli wzdłuż równiutka linia, po prawej stronie - strefa rażącej jasności, po lewej - czarny cień. Zanim smog i kurz zamienią powietrze w siwą zawiesinę, ten kontrast jest ostry jak sztylet.
Anna Goławska
|