Anna Maria Goławska,
Grzegorz Lindenberg (fotografie)

Toskania i okolice. Przewodnik subiektywny.
Wydanie II, rozszerzone
Nowy Świat, Warszawa 2007



Kupisz w Merlinie, recenzję przeczytasz w Polityce.

Fragment rozdziału pt. Valdarno:

"Arno jest największą rzeką Toskanii, liczy 240 kilometrów długości. Wypływa z gór Appennino Tosco-Emiliano, płynie na południe, zawraca ostrym łukiem na północ i przez Florencję zmierza do Pizy i Morza Liguryjskiego. Część doliny Arno, ciągnąca się mniej więcej od Florencji do Arezzo, nazywa się Valdarno Superiore. Turystów tu mało, bo region nie ma takiego uroku ogólnego jak, na przykład, niedalekie Chianti, miasteczka nie są tak słodkie i śliczne jak, na przykład, w okolicach Sieny, a zabytków trzeba poszukać z chyba nieco większym wysiłkiem niż gdzie indziej. Może polubiliśmy Valdarno właśnie dlatego, że wydaje się stawiać przybyszom pewien opór, rzucać wyzwanie.
Dwadzieścia kilometrów na wschód od Florencji leży Pontassieve, w miejscu, gdzie rzeka Sieve wpada do Arno. Domy tego podłużnego, stromego miasteczka tłoczą się nad brzegami Sieve, jak gdyby wszyscy mieszkańcy chcieli mieć widok na szesnastowieczny most medycejski. Pontassieve bardzo ucierpiało w czasie II wojny światowej, zabytków zostało tu niewiele, ale rzeka wygląda fantastycznie, zwłaszcza gdy na niebie kłębią się jesienne chmury, a mętna woda burzy się i wzbiera pod przęsłami mostu.
Pelago to urocze małe miasteczko na wzgórzu na wschód od Pontassieve. Wyróżnia je spadzisty rynek, Piazza Ghiberti. Lorenzo Ghiberti, twórca florenckich Drzwi Raju, urodził się właśnie w Pelago. Plac otaczają niskie, skromne kamieniczki, przed którymi siedzą miejscowi ludzie i miejscowe koty, z bocznych uliczek zapatrzeć się można na zalesione stoki. Via Roma prowadzi do najstarszej części miasteczka, owalnego Castello. Droga biegnąca z Pelago na południe zaprowadzi nas do ogromnego, ukrytego wśród drzew benedyktyńskiego opactwa Vallombrosa. Już samo brzmienie nazwy przywodzi na myśl ogrom i niejakie zadęcie. Opactwo powstało w wieku XI, w XVI mocno je powiększono. Dookoła rosną wspaniałe, gęste, ciemne lasy, a drogi są niezwykle malownicze. Były to tereny niegdyś bardzo atrakcyjne dla eremitów i tak właściwie zostało do dziś. Przyjechaliśmy tam w pewne jesienne popołudnie, las pachniał dziko i oszałamiająco, dookoła żywej duszy. Coś pięknego.
Zjeżdżając krętą szosą z Vallombrosa w stronę Figline Valdarno, zatrzymajmy się na chwilę w Cáscia, małej mieścince posiadającej wielkie dzieło: pierwszą znaną pracę Masaccia. Jest to tryptyk Madonna z Dzieciątkiem i świętymi namalowany w 1422 roku, gdy artysta miał dwadzieścia jeden lat. Obraz znajduje się w romańskim kościele San Pietro. Odkryto go dopiero w roku 1961 w pobliskim kościele San Giovenale, odrestaurowano i przeniesiono na obecne miejsce. San Pietro łatwo poznać po wysokiej wieży, prowadzą też do niego zewsząd różnorodne kierunkowskazy, a tuż obok wdzięczy się do przyjezdnych bar Masaccio. Tommaso di ser Giovanni di Mone Cassai, bo tak się naprawdę nazywał, uznawany jest za pioniera renesansu, głównie dzięki nowatorskiemu, realistycznemu przedstawianiu ciała ludzkiego oraz stosowaniu perspektywy. Zmarł bardzo młodo, w wieku dwudziestu siedmiu lat.
Mieliśmy szczęście oglądać Madonnę w samotności, w ciszy. Staliśmy bez ruchu w pustym, ciemnawym wnętrzu kościoła, gdzie nie docierają żadne dźwięki z ulicy. Na Masaccia pada ciepłe, łagodne światło. Mury San Pietro są surowe, szare i tworzą idealne tło dla intensywnych barw tryptyku. Malowidło emanuje przede wszystkim złotem i czerwienią, ale twarz Madonny ma odcień sinawy, jak kamienne ściany świątyni. Madonna jest smutna, chciałoby się powiedzieć, że nie patrzy w obiektyw, jak gdyby ktoś zmusił ją do pozowania do zdjęcia i do pokazania dziecka, ustawionego jak figurka na jej kolanach. Maria lewą dłonią ściska syna za ramię. Długo patrzyłam na te zaciśnięte, blade palce. Nic nie pomaga złote tło, tron, jasne główki i kolorowe skrzydełka aniołków – spod tego wszystkiego przebija wyraźna groza. To dziecko umrze, a jego matka dobrze o tym wie, ale nie potrafi go ochronić. Trudno uwierzyć, że obraz wyszedł spod pędzla zaledwie dwudziestoletniego chłopaka.
Cáscia leży przy starożytnym szlaku zwanym Strada dei Setteponti, Drogą Siedmiu Mostów (oznaczenie SP 1). Wiódł on z Arezzo do Fiesole po zboczach masywu Pratomagno na prawym brzegu Arno, a jego historia sięga czasów etruskich. Rzymianie nieco zmienili jego trasę, przebudowali i nazywali Via Cassia Vetus albo Clodia – w odróżnieniu od wytyczonej później przy lewym brzegu Arno Via Cassia Adrianea. Strada dei Setteponti utrzymała swe ogromne znaczenie przez całe średniowiecze i renesans. Dzisiejsza szosa biegnie prawie w tym samym miejscu, co kiedyś (przez Castiglion Fibocchi, San Giustino Valdarno, Loro Ciuffenna, Castelfranco di Sopra, Reggello). Nazwa być może obrazowała może sporą liczbę mostów, które musiały być przerzucane ponad spływającymi z gór rzekami, ale bardziej prawdopodobne jest, że pochodzi od siedmiu arkad Ponte a Buriano w okolicach Arezzo, na samym początku szlaku Setteponti. Ponte a Buriano wybudowano w 1277 roku w miejsce starszej, rzymskiej konstrukcji. Niektórzy twierdzą, że łuki właśnie tego mostu majaczą tuż przy lewym ramieniu tajemniczo uśmiechniętej Giocondy.
Większość miejscowości leżących przy Setteponti można odwiedzić ze względu na romańskie kościoły i średniowieczne centra, ale na szczególne względy zasługuje maleńka Gropina, położona na wzgórzu tuż obok Loro Ciuffenna. Samochód trzeba zostawić na parkingu przy drodze i pieszo wejść w sam środek nawet nie średniowiecza, ale czasów Longobardów. Gropina to zaledwie kilka domów otaczających ogromną bryłę Pieve di San Pietro. Ten brak proporcji sprawia niepokojące wrażenie, ale musimy wierzyć, że niegdyś była to jedna z najważniejszych parafii w regionie Arezzo. Kościół wybudowano w XII wieku. Ma bardzo prostą kamienną fasadę prawie bez ozdób. Wnętrze podzielone jest na trzy nawy, pod prawą obejrzeć można ruiny dwóch mniejszych kościołów z V–VI i VIII wieku, z których wyrósł dwunastowieczny budynek. Ponieważ byliśmy w Gropinie sami – czego życzymy każdemu podróżnikowi – weszliśmy do środka pieve i zamknęliśmy za sobą drzwi. Światło wpadało jedynie przez okna w absydzie i oszklone wejście boczne, więc wszystko pogrążyło się w półmroku, prawie w ciemnościach. Echo naszych kroków i szeptów odbijało się od ścian, snuło między kolumnami. Z kapiteli przyglądały nam się nieruchome oczy dziwacznych, potwornych stworzeń, niby-lwa, prawdziwego rycerza, niby-Chrystusa, smoków i ptaszysk. Czym prędzej wpuściłam z powrotem słońce, złudzenie bezpieczeństwa. Kazalnica (VIII wiek) po prawej stronie wspiera się na dwóch splecionych kolumnach – ten motyw powtarza się też na zewnątrz absydy oraz w bardzo wielu kościołach na terenach objętych wpływami Longobardów, między innymi w Lukce albo San Quirico d’Orcia. Nad kolumnami widnieje rząd postaci z uniesionymi w górę rękami, nie wiem, czy w geście przerażenia, czy może modlitwy. Powyżej z lewej wyrzeźbiono wizerunki kobiety i mężczyzny, tak erotyczne i dziwne, że ich obecność w świątyni kompletnie nas zaskakuje. Chyba nie jesteśmy w stanie poczuć związku z taką symboliką chrześcijańską, dlatego od razu nasuwa się myśl o pogańskim charakterze tego miejsca. Kiedy wyszliśmy z Pieve di San Pietro, cała Gropina wydała mi się jakaś zmieniona, nieprzystępna i tajemnicza. Za kościołem stara kamienna droga schodzi w dół, mija cmentarz i znika gdzieś wśród zielonych winnic, pozłoconych promieniami zachodzącego słońca. Może niektóre z obrośniętych trawą, kamiennych płyt kładli tu Etruskowie albo Rzymianie."
<<<