Anna Maria Goławska "Włochy. Podróż na południe"
Nowy Świat 2010
Góry Abruzji kryją wiele tajemnic. Mój ulubiony towarzysz podróży, Guido Piovene, którego książkę wozimy zwykle na tylnym siedzeniu, napisał: „Masywy, doliny, płaskowyże apenińskie w większym stopniu niż Alpy przechowały w sobie coś sakralnego, co bardziej niż gdziekolwiek uderza w masywie Maiella, szarym, wyżłobionym grotami, zawsze tonącym w chmurach”1. Właśnie niedaleko La Maiella, nieco na północ, leży niepozorne miasteczko Manoppello, gdzie przechowywany jest obraz z prawdopodobnie autentycznym wizerunkiem Jezusa Chrystusa. Mając w pamięci inną „prawdziwą” twarz Jezusa, Volto Santo z Lukki, ponoć wyrzeźbioną w sposób cudowny, postanawiamy pojechać do Manoppello, żeby sprawdzić, czy da się dostrzec podobieństwo.
Całun znajduje się w wiosce od pięciu wieków, ale zainteresowano się nim dopiero kilka lat temu. Najpierw badała go pewna niemiecka zakonnica, a potem niemiecki dziennikarz, Paul Badde, który w 2005 roku wydał na ten temat książkę (polski tytuł „Boskie Oblicze. Całun z Manoppello”). Nie czytałam jej, choć egzemplarz leży chyba gdzieś na półce. Nie zajmuje mnie też delikatna otoczka skandalu, która pojawiła się wokół książki – zawsze się tak dzieje, gdy autor oskarży Watykan o długoletnie ukrywanie przed ludem jakiejś tajemnicy. Bo ponoć całun z Manoppello ma być słynną Chustą Weroniki, kawałkiem tkaniny, na którym odbiło się oblicze umęczonego Boga. Owa chusta do XVII wieku była pokazywana wiernym z bliska, później nagle zaczęto ją eksponować jedynie z daleka, na krótko i rzadko. Niektórzy doszli więc do „łatwego” wniosku, że musiała zostać skradziona, a w Watykanie zdecydowano zataić ten fakt, zastępując cudowne płótno nieudolną, grubiańską kopią. Podobno kościół do tej pory nie chce się przyznać do tego fałszerstwa. Mniejsza z tym, mówię, i tak interesuje mnie tylko całun.
***
Odjeżdżamy z Taranto samochodem pachnącym melonami, znów wśród dymiących kominów, rafinerii, fabryk. Zatrzymujemy się potem w okolicach Massafry, na suchym jak pieprz polu na wzgórzu, z którego widać dalekie winnice nakryte siatkami, do złudzenia przypominające migoczące w słońcu jeziora. Kiedy gaśnie silnik auta, uszy wypełnia granie cykad, ten jedyny w swoim rodzaju, intensywny, kołyszący dźwięk południa, głos upału, muzyka pustki. Siadamy na kamieniach w cieniu drzewa brzoskwiniowego, żar leje się z nieba, żar bije od rudej ziemi, pachną zgniecione pod stopami zioła. Kładę na papierze chleb, do miseczki wlewam trochę oliwy, kubki napełniam czerwonym winem. Zbiegają się wielkie, czarne mrówki, biorą okruchy pieczywa i unoszą je poprzez wąwozy i wzgórza zaoranego pola, a grudki gleby usuwają im się spod cienkich nóżek. Wbijam ostrze scyzoryka w jasnopomarańczową powierzchnię melona, chropowatą i poznaczoną zielonymi liniami jak kula ziemska południkami. Przekrawam owoc na pół, potem odcinam pierwszy gruby plaster, wyrzucam pestki i oddzielam miąższ od bladej skórki. Jemy palcami i jemy wszystko razem, kawałki chleba rwane rękami i maczane w gęstej oliwie oraz cząstki melona, które ociekają nie sokiem, ale skondensowanym słońcem. Najprostsze jedzenie miewa najdoskonalszy smak.
Kup książkę (poczytajka.pl)
Anna Maria Goławska, Grzegorz Lindenberg "Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny"
Nowy Świat 2009
"-
Dieta? Dieta e contro natura - powiedział zupełnie poważnie i z całkowitym przekonaniem pewien młody Toskańczyk. Szliśmy właśnie po obfitej kolacji w stronę lokalnej lodziarni, narzekając na własne nieopanowane łakomstwo. I nagle dotarło do mnie, że ten Włoch otarł się nieświadomie o genialność, że wyraził tak prosto to, co wszyscy przyjeżdżający do Toskanii usiłują zrozumieć i wyjaśnić: dlaczego tu jest milej, przyjemniej, lepiej niż gdziekolwiek indziej. Bo Włochy są zgodne z naturą, Toskania jest zgodna z naturą. Architektura, malarstwo, jedzenie, wino, tryb życia, sjesta, radość śpiewu, rozmowy, uściski - to wszystko płynie z nurtem życia, świata, przyrody, nie buntuje się, nie przyspiesza, nie wysila.
- Piano, piano - powtarzają Włosi, powolutku, po co ten pośpiech, wszystko będzie dobrze."
***
Lukka jest chyba jedynym miastem, o którym Paweł Muratow w swoich słynnych Obrazach Włoch napisał tak wiele nieprzyjaznych słów. A to że przypomina więzienie, że uliczki ma kręte i wąskie, że nawet w jasny dzień listopadowy panuje tu wilgoć i głusza, duszne powietrze nie pozwala oddychać, a to że jej historia jest pełna nikczemności, hańby i poniżenia, a to że fasada kościoła San Michele jest okropna. Wszystko to są, proszę państwa, kłamstwa, pomówienia i oszczerstwa!
Bowiem Lukka jest cudowna, niepowtarzalna, zróżnicowana, pełna wspaniałych zabytków i nieodpartego uroku. Lukka jest miastem, w którym zakochaliśmy się od razu, jeszcze zanim zwiedziliśmy jej niezwykłe stare centrum. Centrum to otacza całkowicie zamknięty (jedyny taki we Włoszech) pierścień murów obronnych z jedenastoma bastionami i sześcioma bramami wjazdowymi, przy których zwykle pojazdy tłoczą się i trąbią. Wokół nich ciągnie się pas zieleni z zarośniętą fosą, a dopiero dalej ulica i nowoczesne dzielnice, przez co stara część jest odizolowana i sprawia niesamowite wrażenie miasta w mieście. Mury pochodzą z XVI-XVII wieku, w wieku XIX przekształcono je w teren spacerowy i obsadzono platanami. Po starszych, średniowiecznych, obejmujących mniejszy obszar fortyfikacjach pozostały dziś dwie bramy miejskie, częściowo zamienione na kamienice - Porta di Borgo (lub dei Borghi) i Porta Santi Gervasio e Protasio oraz część fosy przecinająca miasto.
***
Od razu powiem, że żadna pocztówka, zdjęcie w kalendarzu przedstawiające Krzywą Wieżę nie kłamie. Wchodzi się na Campo dei Miracoli i rozdziawia buzię. Ta wieża się przewróci. Turyści przyjmują najdziwniejsze pozycje, rzucają się na trawę, żeby zrobić atrakcyjne i oryginalne zdjęcie. Nie wydaje mi się, by było to możliwe, Krzywa Wieża została już obfotografowana ze wszystkich stron. Ale najfajniejsza kartka pocztowa to nie to samo, co własne ujęcie. Budowę Krzywej Wieży rozpoczęto w 1173 roku i już kilkanaście lat później zaczęła się przechylać. Grunt okazał się zbyt miękki - powstała przecież na łące. Kamieniarze ją podparli, przez co przekrzywiła się w drugą stronę. Podobno z tego powodu nikt nie chciał przyznać się do projektu. Miała wówczas tylko trzy piętra. Zastanawiam się, co czuli ówcześni budowniczowie, patrząc na te ruchy budynku. Czy bali się, że rano mogą zastać jedynie stos kamieni? W każdym razie wieżę zostawiono na sto lat. Pod koniec XIII wieku dobudowano kolejne trzy piętra pod takim kątem, aby "naprostować" budowlę, a później jeszcze zwieńczono ją dzwonnicą. W XIX wieku próbowano zmniejszyć wciąż rosnące przechylenie, ale tylko pogorszono sytuację. Od 1990 roku trwają prace, których celem jest ratowanie wieży. Nie będzie ona jednak nigdy stać w pionie - nawet gdyby możliwe było doprowadzenie jej do takiej pozycji - bo Piza utraciłaby swój symbol. Na Krzywą Wieżę można wejść, na taką wysokość, na jaką akurat pozwala jej kondycja. Bilet kosztuje 15 euro, ze względów bezpieczeństwa należy oddać do przechowalni torby i plecaki.
Kup książkę (poczytajka.pl)